poniedziałek, 26 grudnia 2011

Płyn DREFT

Jak już pewnie wiecie, w minionym (nie lubię tego słowa) tygodniu uczestniczyłam w spotkaniu blogerek z Joanną Horodyńską, a naszym celem było skompletowanie kreacji sylwestrowych za kwotę 500 zł. Bolało mnie oko. Dodajcie do tego pobudkę o 4 nad ranem, 6-godzinną podróż w jak zawsze zbyt dusznym pociągu. Dodajcie 10 cudownych blogerek, tak fajnych, że z każdą chciałoby się przegadać pół dnia. Dodajcie miłą gościnę  w Aliganza Showroom i pyszne jedzenie. Dodajcie obecność Fashionelki (uwielbiam cię, mała) Ten dzień był skazany na szaleństwo. Odpuszczę sobie fotorelację, bo z racji niedyspozycji oka, o której wam pisałam, musiałam założyć okulary, a to z kolei sprawiło, że wcale nie czułam się jak hipsterka, ale jak  pasztet.


W ramach współpracy z marką DREFT, która była organizatorem całej akcji - w najbliższym czasie dodam zdjęcia stylizacji wykonanej z ubrań zakupionych właśnie w tym dniu. A dziś zapraszam was na krótką recenzję produktów.

Nie jestem perfekcyjną panią domu i wpisywanie się w stereotyp płci, której pozwala się rozporządzać sprzętami gospodarstwa domowego nie bawi mnie jakoś specjalnie, toteż także i do prania podchodzę z należytym dystansem. Moje segregowanie prania polega na tym, że oddzielam ubrania białe od tych, którymi białymi nie są i voila! Dbam jednak o swoją garderobę i niektóre rzeczy dostępują zaszczytu prania ręcznego. Moje ciuchy i ja cieszymy się więc, że na rynku dostępne są produkty, które ułatwiają nam trochę życie.



Otrzymałam do przetestowania dwa płyny do prania: Dreft Black (do prania ciemnych ubrań) oraz Dreft Delicates&Color (do ubrań kolorowych). W przypadku tego pierwszego efekty widoczne są od razu- czarne ubrania nie blakną i nie muszę się martwić, że po wyciągnięciu z pralki znajdę na nich drobinki proszku. Ten drugi natomiast, oprócz tego, że całkiem dobrze radzi sobie z ochroną koloru, zapobiega farbowaniu. Przetestowałam to i faktycznie ręcznik, który do tej pory odbarwiał się, podczas prania Dreftem nie puścił farby. W przypadku obu płynów producent zapewnia, że produkty zapewniają oryginalny kształt ciuchów po praniu - to szczególnie ważne, gdy pierzemy swetry lub ubrania, które łatwo ulegają rozciąganiu. Nie mam niestety porównania w tej kwestii, bo moje rzeczy nigdy nie straciły fasonu, więc czy to prawda, chyba wam nie odpowiem. Podsumowując: nie widzę różnicy pomiędzy Dreftem a innymi płynami, które stosowałam do tej pory. Ma ładne opakowanie i ładnie prezentuje się w łazience, więc może zaprzyjaźnimy się na dłużej. Poza tym pięknie pachnie.

sobota, 24 grudnia 2011

Pencil skirt

Nowy płaszcz to fascynacja motywami zwierzęcymi, a ołówkowa spódnica - subtelna odpowiedź na wilczy głód kobiecych ud. amen

spódnica: zara, buty: tommy hilfiger (fashionboutique.pl)


czwartek, 22 grudnia 2011

Kalendarz Paclan

Światło dzienne ujrzała właśnie sesja zdjęciowa, podczas której pracowałam jako stylistka. W kalendarzu "Polka w kuchni" marki Paclan wystąpiły laureatki konkursu o tej samej nazwie, a sam pomysł niekonwencjonalnego przedstawienia produktów kuchennych spodobał mi się na tyle, że kiedy Karolina zaproponowała mi współpracę, nie wahałam się ani chwili.
Samą pracę wspominam bardzo pozytywnie, począwszy od samej podróży do Warszawy (Karola łamie stereotyp baby za kierownicą i już na początku trasy przyczaił się na nas pan ze świecącą pałą), po super nowoczesny hotel, w którym wjazd do parkingu otwierał się zaraz po przyłożeniu plakietki do czoła, w końcu po świetną ekipę na planie zdjęciowym (ucałowania dla fotografa Łukasza Zielińskiego, makijażystki Majki Adamiak i fryzjerki Basi Markwardt - to jej zawdzięczam nową fryzurę). Efekty poniżej.
W stylizacjach zostały wykorzystane ubrania oraz dodatki, pochodzące ze sklepów: New Look, Szafomania, Asos Polska, Paper Cats, Lady Carotta oraz Candy Store.




wtorek, 20 grudnia 2011

Sonne

Co za tydzień. Drzewa obsypały się liściem, słońce zawisło wysoko na niebie, a na horyzoncie śnieg (a to dopiero wtorek, moi mili!). W tym całym sielankowym obrazie jest jednak pewien zgrzyt - zmagam się z zapaleniem rogówki, co skutecznie uniemożliwia mi cieszenie się życiem. Ale jeszcze chwila odpoczynku i będę się bawić i będę szczęśliwa. I będę panią swojego losu. I będę szczęśliwa. 


 fot. Paweł
ramoneska, spodnie: zara, koszulka: topshop, kołnierzyk: raramodo (via pakamera.pl), opaska: dorothy perkins, buty: fashionboutique

Look at me

Pod koniec listopada miałam przyjemność pracować nad dużym projektem społecznym, w roli stylistki. Projekt "Metamorfozy - przeciw społecznej niewidzialności" powstał przy udziale Stowarzyszenia AXIS, Stowarzyszenia COŚ DOBREGO oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Dolnośląskiego. Główne hasło akcji brzmiało "nie patrz jak wyglądam, zobacz kim jestem". W akcji wzięło udział 15 osób, a ja byłam odpowiedzialna za część stylizacji. Kilka prac możecie obejrzeć poniżej. 

Od siebie mogę dodać, że te 3 dni zdjęciowe były dla mnie bardzo dużym doświadczeniem i na pewno praca przy takiej sesji nie była łatwym zadaniem. Większość osób była raczej zdystansowana do swojego stanu i nie brakowało żartów na temat swojej niepełnosprawności (patrz dialogi poniżej), ale zdarzały się również osoby zamknięte w sobie, które nie do końca były pogodzone ze swoim losem i praca z tymi ludźmi była naprawdę wyzwaniem.

D: O, mam takie same buty, jak ty!
Ja: No, fajne są, tylko przemakają.
D: Ja akurat nie mam z tym problemu (śmiech)

B: Fajne te szpilki, to twoje?
Ja: Moje, ale nie noszę ich, bo nie umiem chodzić na obcasach.
B: Mi ten dylemat odpada, bo w ogóle nie chodzę (śmiech)

fot. Rafał Michalak
Za pomoc przy zorganizowaniu strojów do sesji dziękuję Garderobie Vintage oraz projektantce Ani Jankowskiej.

sobota, 17 grudnia 2011

Midi skirt

Nadszedł taki czas, że zdecydowanie chętniej sięgam po spódnice midi, niż mini. Nie wiem czy to kwestia pory roku, starzenia się czy po prostu zmiana upodobań, ale nie bójcie się, rock and roll mnie nie opuścił.
fot. Paweł
sweter: new look, spódnica: felicee, komin: reserved, buty: deezee

czwartek, 15 grudnia 2011

Dear 16-year-old me

Do napisania dzisiejszej notki zainspirowała mnie ta kampania i wpis Doroty Kamińskiej.
Czerniak to choroba, która dotyka setki tysięcy osób na całym świecie. Odpowiednia profilaktyka w dużym stopniu pozwala wyeliminować ryzyko zachorowania na ten rodzaj nowotworu. Jako że w mojej rodzinie był przypadek zachorowania na czerniaka, a ja tym samym kilkanaście razy bardziej jestem narażona na raka skóry, od wielu lat w ogóle się nie opalam. Stąd moja bladość, nawet wtedy, gdy wakacje spędzam na Hawajach.


Z racji swojej wieloletniej świadomości o zagrożeniach, jakie czyhają na nasze zdrowie, w swoim liście do 16-letniej 'ja', całkowicie pominęłam kwestię zdrowotną. Właściwie trudno było mi znaleźć rzeczy, które zmieniałbym w swoim życiu. Muszę być cholernie szczęśliwym człowiekiem.

Droga 16-letnia Magdaleno. Nie miej wyrzutów sumienia, że nie czytasz lektur szkolnych. Za 3 lata matura z języka polskiego i tak pójdzie ci perfekcyjnie. Droga 16-letnia Magdaleno, nie krzyw się, kiedy Twój pies w największą wichurę będzie chciał wyjść na dwór. Za 8 lat już go nie będzie. Droga 16-letnia Magdaleno. Nie ścinaj włosów na krótko. Lepiej ci w długich, uwierz. Droga 16-letnia Magdaleno, może jeszcze nie wiesz, ale po jednej z imprez do końca życia będzie wzbierał w tobie wymiot na myśl o nalewce wiśniowej. Takiej najtańszej i z kartonu. Droga 16-letnia Magdaleno, ucz się pilniej na nauce jazdy, żebyś za kilka lat nie musiała zdrapywać z szyby 'karnego kutasa' :D Droga 16-letnia Magdaleno, nie słuchaj, kiedy odradzają ci wybór polonistyki. Za kilka lat i tak nie będziesz umiała interpunkcji i może nie znajdziesz wcale pracy w zawodzie, ale przynajmniej będziesz  oczytana. Droga 16-letnia Magdaleno, noś okulary! Może za kilka lat twoja wada nie dobrnie tym samym do -2,75 dioptrii. Droga 16-letnia Magdaleno, nie czekaj do końca studiów z założeniem własnej firmy. Ominie cię 'przyjemność' poznania kilku szefów-pajaców. Droga 16-letnia Magdaleno. Uwierz w siebie. Choć myślisz czasem, że jesteś największą frajerką na świecie, wyjdziesz na swoje.

A Wy? Co powiedzielibyście 16-letnim sobie?




Brita

Jedni testują laptopy, inni telefony, a ja testuję filtry do wody, jakież to życie niesprawiedliwe! Proszę się nie przyzwyczajać do mojej kuchni. To, że zdjęcia powstały dzisiaj właśnie tam nie oznacza, że zamierzam się przenieść tam na stałe, ani nie mam zamiaru wygryźć koleżanek kulinarek. Co prawda zmieniłam profil bloga na lifestylowy, a to do czegoś zobowiązuje, ale nie sądzę bym kiedykolwiek próbowała Wam udowodnić, że potrafię gotować, chyba, że chcecie poradniki typu: 'jak rozgotować ryż', 'w jaki sposób spieprzyć noworoczne muffinki' itd.

Na test dzbanka Brita zdecydowałam się z czystej ciekawości. Jestem niby babą, ale w ogóle nie interesują mnie sprzęty gospodarstwa domowego, więc sama z pewnością nie wpadłabym na to, by taki sprzęcior zakupić. Jaka woda we Wrocławiu jest, każdy mieszkaniec wie, toteż ofertę testowania urządzenia, które ma mi przywrócić czystą i nieskazitelną wodę przyjęłam z ochotą. Oszczędzę Wam pogadanek o specyfikacjach, zaletach i właściwościach dzbanka, bo o tym z pewnością możecie przeczytać na stronie producenta. Subiektywnie pragnę stwierdzić, że po tygodniu przyjaźni na linii ja - Brita, uznaję, że jest to znajomość na wieki. Do tej pory stosowałam filtr w czajniku bezprzewodowym, ale jak się okazuje filtry Brita są nie dość, że bardziej dostępne, to w dodatku tańsze. Moje wrażenia? Efekt widać gołym okiem (wiem, brzmi to cholernie banalnie, ale tak jest!). Dawniej na mojej herbacie pływały jakieś dziwne oka, a sama ciecz pozostawiała mocny osad na kubku. Teraz mogę cieszyć się naprawdę herbatą nieskażoną jakimiś dziwnymi rzeczami i delektować jej smakiem (przy herbacie nie jest to aż tak mocno wyczuwalne - choć lepiej się zaparza, ale przy wodzie z kranu vs. wodzie przefiltrowanej różnicę mamy kolosalną). Jedynym minusem jest dosyć szybko zanieczyszczający się filtr. Nie wiem czy ja tak dużo piję, ale po 7 dniach stosowania, trochę się zużył. Podsumowując: Brita w mym zaciszu domowym przeszła test pozytywnie, a komisja złożona z domowników stwierdziła, że zostaje z nami na stałe. A Wy, macie jakieś doświadczenia z filtrami do wody?

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Za oknem minus pięć

Oto wspomnienie zeszłorocznej zimy. Zdjęcia przeleżały okrągły rok na dysku, aż wtem pani łaskawie raczyła je opublikować. Od tego czasu zdążyłam ze cztery razy zmienić fryzurę, porzucić dwie prace, skończyć studia i pogrzebać te różowe buty. Ale czy to wszystko jest w ogóle ważne?

fot. Paweł
kurtka: zara, bluza: converse, sukienka: club couture, buty: atmosphere, chusta: vintage, czapka: NoHo (NYC)

niedziela, 11 grudnia 2011

Romantic dress

Fajnie tak czasami nie mieć swojego stylu. Można mieszać, cudować, eksperymentować bez wrażenia, że zdradza się samego siebie. Fajnie też mieć znajomych na całym świecie. River of Romansk to marka odzieżowa znajomej artystki z Singapuru. Kiedy dowiedziała się, że jestem z Polski z jej ust padło: "omg I love Anita Lipnicka, she has some really nice english songs!". Ludzie nieustannie mnie zaskakują, nigdy nie spodziewałabym się, że pierwsze skojarzenie z Polską będzie właśnie takie (przy okazji, będąc kiedyś na couchsurfingu we Włoszech, poznałam Danielę, która była fanką Jacka Kaczmarskiego, widać więc, że chłam pozostaje w kraju, a dobre nazwiska kroczą dumnie w świat).

Wielka była moja radość, kiedy A. odezwała się z propozycją zaprojektowania i uszycia  specjalnie dla mnie sukienki. Jako, że wszystkie ubrania projektowane przez River of Romansk stylizowane są na romantyczne, nieco baśniowe stroje, zdecydowałam, że z chęcią wejdę w posiadanie uroczej, kwiecistej sukienki, jakiej moja szafa jeszcze nie widziała. 

fot. Paweł


Ostały się jeszcze 2 egzemplarze podobnych sukienek: Creamy Pale Yellow Blue & Golden Floral oraz Autumn Pumpkin Scarlet Floral . Romantyczka ze mnie żadna, ale obok tych modeli: Romantic Petite, Angelic Dreamy oraz  Soft Rustic  ciężko mi przejść obojętnie.

sukienka: River of Romansk, płaszcz: h&m, buty: bronx

sobota, 10 grudnia 2011

Decobazaar Wrocław

Nie sądziłam, że powiem to po dwóch latach mieszkania w tym mieście, ale Wrocławiu, chyba się polubiliśmy. Od zawsze byłam daleka od przywiązywania się do ludzi/miejsc/przedmiotów, ale trochę z obawą stwierdziłam ostatnio, że zaraz po Nowym Jorku mogłabym tu zamieszkać na stałe. W grę wchodzi jeszcze jedynie Warszawa, choć z tą jak na razie wybitnie się nie lubimy. Mówię to też trochę dlatego, że w stolicy Dolnego Śląska powstaje coraz więcej ciekawych miejsc, a to sprawia, że miasto oferuje mi wszystko, czego potrzebuję i dzięki czemu, czuję się tu dobrze. Jednym z takich nowych miejsc jest showroom Decobazaar.


Decobazaar znacie pewnie z sieci. To jeden z pierwszych sklepów internetowych, który oferuje klientom oryginalne wyroby hand made. Na stronę wchodzisz na własną odpowiedzialność, prawdopodobnie z zachwytu nad niektórymi dziełami czas stanie dla ciebie w miejscu i na 3 godziny przestaniesz istnieć dla ludzkości. W razie czego, ostrzegałam.

Jak to ostatnio bywa, Internet i rzeczywistość zaczynają się przenikać, tak i sklep Decobazaar wyszedł z sieci prosto na wrocławskie Nadodrze (ul. Łokietka 6). Nie przychylałabym się jednak do opinii, że ten rejon jest enklawą artyzmu i zdecydowanie bardziej wolałabym, by siedziba mieściła się gdzieś w okolicach rynku.

Dzisiaj odbyło się oficjalne otwarcie showroomu, tak więc nie mogłam odpuścić okazji, by na żywo zobaczyć niektóre, podziwiane w internecie przedmioty. Samo wnętrze jest nieduże, ale zostało zagospodarowane na tyle funkcjonalnie, że nawet przy sporej liczbie osób nie ma się wrażenia przepychu. Aktualnie w sklepie wystawione są artykuły tylko niektórych artystów (pełną listę znajdziecie tutaj). Oprócz ubrań/dodatków znajduje się także regał z książkami o modzie, sztuce i designie.


fot. Paweł
Za przemiłe towarzystwo dziękuję Angeli, Kini, Poli i Natalii.

czwartek, 8 grudnia 2011

Floral dress

Wskoczyłam dziś ochoczo w sukienkę z optymistycznym florystycznym akcentem (jeszcze 103 dni do wiosny!). Jako, że sukmana sama w sobie triumfuje wzorem i fasonem (gdyby była trochę lepiej dopasowana mogłabym ją uznać nawet za sukienkę życia) postanowiłam ograniczyć jej towarzyszy do minimum. Nie żebym była specjalnym zmarzluchem, ba, wręcz uważam się za gorącą dziewczynę, ale po krótkim spacerze musiałam zakrzyknąć 'ramonesko, czy ty do cholery wiesz jak jest zimno?'. No ale jakoś dotrwałyśmy szczęśliwie na wietrze. Oraz pragnę oznajmić, że ani razu nie potknęłam się w tych butach. Sygnał na brawa, można również składać gratulacje, jak kto woli. Satysfakcja niemożliwie wielka.

Za fryzurę na zdjęciach odpowiada wicher nad wichrami.



fot. Paweł

sukienka: romwe, ramoneska: levi's, szalik: h&m, buty: deezee.pl 

wtorek, 6 grudnia 2011

Dear blank, please blank

Znacie portal Dear blank, please blank? To zabawny, ironiczny projekt, dzięki któremu użytkownicy mogą zamieszczać swoje listy, używając trzech podstawowych zwrotów: 

Dear...
Please...
Sincerely....

Sami twórcy (Jared Wunsch i Hans Johnson) mówią, iż stworzyli serwis, po to, by każdy z nas mógł anonimowo wyrazić swoje emocje, frustracje, negatywne uczucia. Pomysł według mnie genialny. Kilka tekstów rozbawiło mnie do łez, a sama idea zainspirowała do stworzenia własnego listu. Może i Wy się skusicie?

Poniżej przedsmak: